Добавить новость
ru24.net
World News in Polish
Январь
2026
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22
23
24
25
26
27
28
29
30
31

Prof. Modzelewski o nieprzewidzianych kosztach: zima, e-faktury i umowa Mercosur

0

Rok 2026 stawia Polskę przed trzema kluczowymi wyzwaniami: skutkami wyjątkowo mroźnej zimy, kosztami pełnej cyfryzacji faktur VAT oraz konsekwencjami niezablokowanej umowy Mercosur. Te nieprzewidziane czynniki zderzają się z optymistycznymi prognozami gospodarczymi i zmuszają do rewizji dotychczasowych założeń w polityce energetycznej, finansowej i handlowej – uważa prof. Witold Modzelewski.

Jesteśmy jako społeczeństwo bardzo wyczuleni na opinie, zwłaszcza tak zwanego Zachodu, na nasz temat. I pod tym względem możemy być pozytywnie zaskoczeni ocenami formułowanymi przez środowiska uznawane za miarodajne. Nie są to wprawdzie oceny jednoznacznie schlebiające, ale z pewnością godne uwagi. Ci bowiem, którzy często nas krytykowali – zwłaszcza za nieentuzjastyczny stosunek do tak zwanego Zielonego Ładu oraz transformacji klimatycznej i energetycznej, będącej jego naturalną konsekwencją – zaczynają dostrzegać nas jako lidera ekonomicznego. W ich ocenie widoczny jest nasz sukces gospodarczy.
Pojawiają się nawet tezy, że w obrębie tak zwanego bliskiego Zachodu – zarówno nowej, jak i starej Europy – stajemy się państwem sukcesu ekonomicznego. Takie oceny kierowane pod naszym adresem są czymś, do czego nie byliśmy przyzwyczajeni. Przez lata przedstawiano nas raczej jako przykład „Polnische Wirtschaft” albo co najwyżej jako niezbyt skutecznych imitatorów rozwiązań dawno już wymyślonych na Zachodzie.


Kłamstwa, zdrady i upadki. Prywatni detektywi wiedzą za dużo?



Tymczasem nagle okazuje się, że opinie te są – jeśli nie entuzjastyczne – to przynajmniej bardzo dla nas pozytywne. Jesteśmy postrzegani jako lider, także w perspektywie 2026 r.
Nie jesteśmy autorami własnego sukcesu, ale jego beneficjentami w sensie relatywnym. Ten sukces zawsze należy oceniać w odniesieniu do kondycji tych, którzy wcześniej byli uznawani za liderów. A oni – jak wiemy – cofają się z bardzo wielu powodów. Dziś nie jest jednak w tym momencie najistotniejsze to, jakie są przyczyny tego regresu, który w mniejszym stopniu, albo w ogóle, nie dotyczy nas jako organizmu gospodarczego.
Konfrontujemy te prognozy – podchodząc do nich ostrożnie, ale w dobrej wierze – z wydarzeniami 2026 r., które albo już nastąpiły, albo są w trakcie realizacji, czyli takich, których dopiero oczekujemy. I są co najmniej trzy wydarzenia, na które chcę zwrócić uwagę. Pozostają one w pewnej opozycji – albo mogą pozostawać – wobec tej pozytywnej oceny naszej kondycji ekonomicznej, o której mówiłem na wstępie.


Zima kosztuje
Wiemy bowiem, że niektórzy twierdzą, iż już ponosimy pewne porażki albo wręcz jesteśmy skazani na porażki w bieżącym roku. Po pierwsze, według tych ocen, wynikają one z faktu, że byliśmy zupełnie nieprzygotowani, a nasze prognozy dotyczące uciążliwości i kosztów związanych z atakiem zimy w ogóle nie były brane pod uwagę.
Jak zawsze zresztą, obraz „zaskoczenia zimą” jest czymś niejako dla nas charakterystycznym. Wiemy jednak, że pod tym względem nasze nieprzygotowanie – czy wręcz nieporadność wobec wydarzeń – wynikało prawdopodobnie z błędnych prognoz, w myśl których w Polsce „zimy miało już nigdy nie być”, a temperatury ujemne miały stać się zjawiskiem wyjątkowym.
Takie błędy niosą ze sobą bardzo istotne konsekwencje kosztowe i wydatkowe. Używam tu może niezgrabnych, „okropnych” słów, więc warto to wyjaśnić wprost: takie zimy po prostu kosztują.
Kosztują przedsiębiorców. Kosztują państwo polskie, które musi wydawać znacznie więcej środków na obsługę wydarzeń klimatycznych obejmujących w zasadzie cały kraj. To nie są drobne kwoty. W zależności od tego, jak długo potrwa ta prawdziwa zima, z którą już mamy do czynienia w Polsce, stawia to pod znakiem zapytania także sferę wydatkową państwa. Na to trzeba przeznaczać pieniądze publiczne. Już je wydajemy.

W konsekwencji rosną koszty funkcjonowania zarówno państwa, jak i przedsiębiorstw. A wiemy przecież, że żyjemy w świecie bardzo drogiej energii – jednej z najdroższych, także w skali naszego regionu, gdzie wcale nie jest tanio. I wiemy również, co jest tezą dość banalną, że tego rodzaju koszty nie były należycie brane pod uwagę ani w prognozach makroekonomicznych, ani w prognozach dotyczących działalności firm.


Po prostu zużywamy więcej drogiej energii, zwłaszcza energii elektrycznej, i ponosimy większe wydatki – zarówno ze środków publicznych, jak i prywatnych – związane z usuwaniem skutków takich wydarzeń. Wydarzeń, które w pewnym sensie umknęły naszej świadomości. Być może uwierzyliśmy w błędne prognozy dotyczące skutków klimatycznych oraz rzeczywistego przebiegu transformacji klimatycznej.
To jest kwestia niezwykle istotna, ponieważ wynikają z niej nie tylko oczywiste wnioski o konieczności zwiększenia prognoz kosztowych i wydatkowych, lecz także świadomość, że są to wydatki, które nie przynoszą żadnych realnych korzyści rozwojowych.
Te wydatki i te koszty są po prostu dodatkowym ciężarem, który jako zbiorowość musimy ponieść. Tego czynnika z pewnością nie uwzględnialiśmy dotąd w naszych kalkulacjach. Jest to element istotny i powinien być odnotowany nie tylko z perspektywy krótkoterminowej, ale także w dłuższym horyzoncie.
Ta dłuższa perspektywa prowadzi do pytania, czy nie powinniśmy w sposób bardziej zasadniczy spojrzeć na całą koncepcję zmiany źródeł pochodzenia energii. Zwłaszcza warto zadać sobie pytanie: co by było, gdybyśmy dokonali już pełnej, docelowej transformacji energetycznej, a zima w obecnym kształcie by przyszła? Czy nie okazałoby się wtedy, że bez węglowych ciepłowni i węglowych elektrowni nie jesteśmy w stanie zapewnić skokowego wzrostu zużycia energii – przede wszystkim energii elektrycznej, ale szerzej także energii cieplnej?
Sądzę, że nawet cisza wokół tego zagadnienia jest symptomatyczna. Powinniśmy zauważyć, że niekoniecznie wszystkie prognozy – zresztą nie pierwsze i nie ostatnie – którymi jesteśmy w pewnym sensie szantażowani i którym towarzyszy narracja o nieuchronności określonych zdarzeń, są prawdziwe. Co więcej, pomyłki w prognozach po prostu kosztują.
Jeżeli prognozy były zbyt optymistyczne i eliminowały pewne wydatki, to w momencie, gdy okazują się błędne, trzeba te środki znaleźć. To bardzo proste: firmy, państwo i samorządy muszą mieć pieniądze na pokrycie tego rodzaju nieprzewidzianych kosztów.




Są to okoliczności ważne, które być może jeszcze nie dezawuują ani nie negują optymistycznych ocen naszej kondycji gospodarczej, ale z całą pewnością musimy je brać pod uwagę, konfrontując je z tymi ocenami, o których mówiłem na wstępie. A to wciąż nie wszystko.
Za dwa tygodnie rozpocznie się bowiem zupełnie niepotrzebna – w mojej ocenie – operacja reorganizująca, mówiąc metaforycznie, krwiobieg gospodarki. Chodzi o KSeF, czyli system oparty na dematerializacji, a w istocie na formalnym, a faktycznie rzeczywistym unicestwieniu najważniejszego dokumentu obsługującego całość obrotu gospodarczego – faktury VAT.
Faktura VAT, która ma stać się tak zwanym dokumentem wirtualnym, jest przecież dokumentem stworzonym pierwotnie na potrzeby jednego konkretnego podatku. Tymczasem przy jej pomocy obsługujemy w praktyce całość obrotu gospodarczego. Zmiana jej postaci na całkowicie zdematerializowaną jest operacją niezwykle trudną, kosztowną i potencjalnie głęboko dezorganizującą życie gospodarcze.
Wiemy, jak bardzo tego rodzaju zmiany wpływają na kondycję funkcjonowania firm – a przecież właśnie o ich kondycję tutaj chodzi. Mamy więc do czynienia z czymś w rodzaju „kukułczego jaja”, które zostało podrzucone przedsiębiorcom i z którym będą musieli się zmierzyć, niezależnie od realnych potrzeb gospodarki.

Co istotne, nawet w mediach bliskich oficjalnemu nurtowi zaczyna pojawiać się teza, którą miałem okazję formułować już dość dawno: jeżeli czegoś nie potrafimy zrobić sprawnie, jeżeli nie jest to do niczego rzeczywiście potrzebne, a obiektywne koszty tej operacji – zarówno mierzalne, jak i niemierzalne – są tak duże, to być może lepiej z takiego przedsięwzięcia po prostu zrezygnować.


I już. Tego rodzaju sugestie zaczynają powtarzać także ci, którzy do tej pory wierzyli, że cyfryzacja faktur stanie się czynnikiem poprawiającym nawet wzrost dochodów budżetowych. Jest to oczywiście bajka, w którą – w gruncie rzeczy – nikt już nie wierzy.


Umowa Mercosur
Ale to nie wszystko, ponieważ istnieje jeszcze trzeci wątek – wątek najtrudniejszy, jeśli chodzi o zbilansowanie jego rzeczywistych skutków ekonomicznych. Chodzi o polityczną porażkę polegającą na niezablokowaniu zawarcia umowy Mercosur.
Zwolennicy tej umowy bagatelizują – a jeśli nie bagatelizują, to przynajmniej minimalizują – jej negatywne skutki dla funkcjonowania nie tylko rolnictwa, lecz także całego sektora rolno-spożywczego. Tymczasem obawy formułowane, zwłaszcza przez rolników, nie są wyłącznie faktem politycznym. Są one faktem ekonomicznym.
Nie udało się tej umowy zablokować, co w sensie politycznym oznacza porażkę. I warto przy tym dostrzec coś jeszcze: ci, którzy są bezpośrednimi adresatami skutków tej umowy, oceniają ją skrajnie pesymistycznie. Padają pod jej adresem najostrzejsze słowa krytyki, a prognozy dotyczące jej skutków mają wręcz katastroficzny charakter.
A jak wiemy, gdy tak istotna branża – nie tylko rolnicza, ale cały sektor rolno-spożywczy – formułuje tego rodzaju prognozy, wywołuje to normalny, obiektywny skutek ekonomiczny. Polega on na tym, że nie inwestuje się w działalność, która jawi się jako potencjalnie skazana na porażkę, ze względu na pojawienie się taniej i obiektywnie wrogiej konkurencji.
Podmioty, które będą sprzedawać konkurencyjne towary na naszych rynkach, dysponują bowiem obiektywnie tańszymi – często znacznie tańszymi – warunkami produkcji. Co więcej, nie przestrzegają one tych wszystkich wymogów, które my sami sobie narzuciliśmy i których przestrzegamy. Wymogi te są kosztowne i nie zwiększają dochodowości, lecz ją obniżają, a w skrajnych przypadkach wręcz minimalizują opłacalność tej działalności.
Nie chodzi tu nawet o cały spór polityczny ani o – ważne głównie dla politologów – rozważania dotyczące odpowiedzialności politycznej za porażkę polegającą na niezablokowaniu tej umowy. W idealnej opowieści o ustrojach demokratycznych taka odpowiedzialność powinna zostać poniesiona. Jak będzie w rzeczywistości, to już jest zupełnie odrębna kwestia.
Najważniejsza pozostaje natomiast ocena o charakterze czysto wymiernym, ekonomicznym. Nawet jeśli ci, którzy obawiają się skutków tej umowy – czyli napływu tanich, konkurencyjnych towarów zagrażających opłacalności i tak już bardzo niskiej rentowności działalności rolniczej w Polsce – jedynie ograniczą swoje wydatki inwestycyjne, to i tak będzie to miało realne konsekwencje gospodarcze.


Nieponiesione wydatki inwestycyjne stanowią bowiem tak zwane straty bezpowrotne. Już sam fakt ich zaniechania staje się istotnym skutkiem bieżącym. Nawet jeśli w przyszłości ktoś skoryguje swoje prognozy i zechce spojrzeć na sytuację bardziej optymistycznie, to czasu nie da się cofnąć. Ten rok minie. A przecież mówimy właśnie o okolicznościach roku 2026.
Jeżeli chcemy szukać odpowiedzi i jednocześnie zgodzić się – przynajmniej częściowo – z pozytywnymi ocenami naszej kondycji gospodarczej, zwłaszcza że pochodzą one z Zachodu, co wciąż ma dla nas znaczenie, to powinniśmy wyciągnąć z tego przynajmniej trzy wnioski.
Pierwszy z nich jest prosty: nie róbmy tego, czego nie musimy robić, a o czym z góry wiadomo, że będzie czynnikiem zwiększającym wydatki i – co równie istotne – dezorganizującym funkcjonowanie naszej gospodarki.


I jedno, i drugie leży w naszej gestii. Nikt nas do tego nie zmusza. Możemy te działania oddalić w czasie. Dotyczy to choćby tego zbiorowego nieszczęścia pod tytułem Krajowy System e-Faktur. Zresztą, jeśli lubimy sięgać po zagraniczne przykłady, warto zauważyć, że niektóre państwa, które planowały wdrożenie podobnych rozwiązań w tym samym czasie, również zdecydowały się je odłożyć, dostrzegając ich niepotrzebny i dezorganizujący wpływ na gospodarkę.
Po drugie, powinniśmy zastanowić się nad kwestiami znacznie bardziej fundamentalnymi. Skoro prognozy klimatyczne się nie sprawdzają – a wiemy, że się nie sprawdzają – i skoro możemy ponownie zostać zaskoczeni zimą, która przecież w tej szerokości geograficznej była i pozostaje zjawiskiem normalnym, to musimy zadać sobie zasadnicze pytanie o bezpieczeństwo energetyczne.
Jeżeli nasze zdolności zapewnienia podstawowej podaży energii – zarówno cieplnej, jak i elektrycznej – są uzależnione od źródeł, które nie funkcjonują w warunkach niekorzystnych zjawisk klimatycznych, to powinniśmy w sposób zasadniczy do tego wrócić. I nie po raz pierwszy w tej dyskusji. Nie z przyczyn politycznych, lecz przede wszystkim z przyczyn czysto praktycznych, wynikających z prognoz nie odległych, lecz bardzo bliskich – takich, które dotyczą dosłownie dnia jutrzejszego.


Chodzi o zachowanie zdolności zapewnienia stabilnej podaży energii cieplnej i elektrycznej. Tymczasem wymiana źródeł energii na takie, które rzekomo mają nam kiedyś zapewnić neutralność klimatyczną, może się okazać przedsięwzięciem już nieaktualnym. Być może realne warunki klimatyczne i ich rzeczywisty przebieg są dziś ważniejsze niż wszystkie ekonomiczne czy polityczne życzenia, na które się zgodziliśmy. A jak wiadomo, jeżeli na coś wyrażamy zgodę, to później ponosimy również konsekwencje tej zgody.
Jest tak zwana reguła rebus sic stantibus – warto ją przypomnieć. Umów należy dotrzymywać, co w prawie określa zasada pacta sunt servanda. To stare, mądre reguły, które wymyślono jeszcze w starożytnym Rzymie. Tak, umów trzeba dotrzymywać.


Ale jeśli zachodzą warunki nadzwyczajne, które sprawiają, że umowa została zbudowana na błędnych – zasadniczo błędnych – przesłankach i prognozach, wówczas reguła rebus sic stantibus zwalnia nas z wykonania tych obowiązków. Kierując się tym dorobkiem zachodnim, który tak cenimy i często hołubimy w naszej świadomości, powinniśmy się zastanowić, czy naprawdę musimy dotrzymywać umów, które są oparte na błędnych prognozach.
Być może podobny problem pojawi się, gdy zacznie funkcjonować umowa Mercosur. Ci, którzy bagatelizują lub minimalizują jej negatywne skutki, mogą się mylić. W takim przypadku, również wobec tej umowy, możemy zastosować perspektywę klauzuli nadzwyczajnych okoliczności – czyli spojrzeć na sytuację tak, że strona, która zawarła umowę opartą na błędnych przesłankach, może zostać zwolniona z pewnych zobowiązań.
To w zasadzie jest prosta, ale zarazem fundamentalna konkluzja: nie zawsze musimy i nie zawsze powinniśmy dotrzymywać zobowiązań zbudowanych na błędach – nie tylko błędnych prognozach, ale również naszych własnych błędach, popełnianych zawierzając tym, którzy nie mają racji.

Artykuł Prof. Modzelewski o nieprzewidzianych kosztach: zima, e-faktury i umowa Mercosur pochodzi z serwisu GF24.pl.




Moscow.media
Частные объявления сегодня





Rss.plus
















Музыкальные новости




























Спорт в России и мире

Новости спорта


Новости тенниса